sobota, 9 grudnia 2017

Morbid Angel "Kingdoms Disdained"


Nieudany eksperyment jakim był "Illud Divinium Insanus" spowodował, iż trzy lata później Morbid Angel ponownie się posypał - z zespołu odeszli Destructhor, Tim Yeung oraz David Vincent. Trey Azagthoth zmuszony był więc skompletować skład od nowa, przez co szeregi Morbid Angel uzupełnili Steve Tucker, Scott Fuller oraz Dan Vadim Von, z którymi to powstał "Kingdoms Disdained" - dziesiąty longplay w dyskografii.
 
Od strony wizualnej, okładka albumu nie zwiastuje powrotu we właściwym kierunku. Grafika bardziej kojarzy się z czymś na wzór tuckerowskiego Warfather, aniżeli z Morbid Angel (pomijając już sam fakt, że zatrudnili Kena Colemana w tym celu). Razi również "plastikowa" kolorystyka, o trójwymiarowej technice wykonania nie wspominając. Nie zważając jednak już na okładkę, "Kingdoms Disdained" przywróciła wiarę wszystkim tym, którzy zwątpili, że Azagthoth & Co. potrafią wykrzesać jeszcze z siebie death metal na miarę dawnych dokonań.
 
Przez te sześć lat dzielące "Illud Divinium Insanus" i "Kingdoms Disdained", zespół w końcu wtargnął na właściwą drogę. "Kingdoms Disdained" to bowiem powrót do death metalu, jakiego przecież oczekiwano od Morbid Angel, bez żadnych zbędnych udziwnień. W głównej mierze, muzyka odnosi się do brutalnych wyziewów spod znaku "Formulas Fatal To The Flesh" (chociażby w takich "From The Hand Of Kings", "The Fall Of Idols", "For No Master" czy "The Righteous Voice") oraz ciężarnych walców w stylu "Gateways To Annihilation" (m.in. w "Paradigms Warped", "Garden Of Disdained" czy w "The Pillars Crumbling"). Mniej typowo wypadają w tym zestawieniu, połamane wręcz, "Architect And Iconoclast", "Piles Of Little Arms" i "D.E.A.D.", a także wyraźny odchył poza death metal (bardzo udany, zresztą), skryty pod tytułem "Declaring New Law (Secret Hell)". Całość została opatrzona całkiem dobrą i rzetelną produkcją (choć trochę ze zbyt mocno wysuniętą perkusją ponad gitarami), z kolei 3/4 wymienionej ekipy sprawdza się bez większych zarzutów. W skrócie, powrót Morbid Angel do formy jakiej oczekiwano.
 
Jak widać, zespół w dalszym ciągu potrafił zaskoczyć nie porywając się na ryzykowne eksperymenty, ani też na odcinanie kuponów. Szczytu swoich możliwości wprawdzie nie zaprezentowali, choć z pewnością zaspokoili głód wszystkich tych, którzy pragnęli death metalu.


Podsumowując:
Zalety:
+świetne, brutalne kompozycje
+powrót do death metalu
+wokal
+charakterystyczne dla Morbid Angel, riffy i solówki
+partie perkusyjne
+teksty
Wady:
-średnio wyeksponowane gitary (potrafiły ginąć za perkusją)


Ocena końcowa: 8/10



Ciekawostki:
-Scott Fuller był współautorem "The Righteous Voice", "For No Master" oraz "From The Hand Of Kings"
-"Paradigms Warped" pierwotnie nazywał się...po prostu "Warped"
-Dan Vadim Von spośród wszystkich partii gitar na longplayu, zagrał tylko i wyłącznie solówkę w "Declaring New Law (Secret Hell)"
-producentem "Kingdoms Disdained" był dawny gitarzysta Morbid Angel - Erik Rutan

środa, 6 grudnia 2017

Negativa "Negativa"


Niewielu pamięta, niewielu też wspomina, ale Negativa - będąca pokłosiem Gorguts - zaczęła istnieć już dosyć dawno, ponieważ w 1994 roku, kiedy to Luc Lemay wraz ze Steevem Hurdlem zdecydowali się założyć swój, wspólny side project. Czas jednak pokazał, że Negativa zaczęła aktywnie funkcjonować dopiero około 2005 roku, mniej więcej wówczas gdy Lemay przerwał działalność Gorguts, aż do 2008 roku. Wraz z basistą Miguelem Valadem i perkusistą Étiennem Gallo, udało się im stworzyć dosyć krótki (a bokiem mówiąc, jedyny) materiał składający się na EP-kę zatytułowaną po prostu "Negativa", a wydaną w 2006 roku.

Po okładce widać doskonale, że Negativa chciała stworzyć kompozycje inne i mniej rozbudowane względem Gorguts, ale równie konkretne i eksperymentalne. Charakter całej EP-ki przypomina bardziej jam session, aniżeli typowe studyjne nagrania (coś na zasadzie "na żywo, ale w studiu"), choć efekt całościowo z pewnością jest powalający. "Negativa" gwarantuje nam bowiem w pewnym sensie powrót do "Obscury". Kwartet sklecił podobnie porąbaną muzykę, znów porwał się na aż dwóch wokalistów (w "Taedium Vitae" Lemay i Hurdle zaśpiewali obaj, a w "Chaos In Motion" oraz "Rebellion" każdy z nich osobno), przy czym nie zaliczył nędznej powtórki z rozrywki. Z głównych zmian, w słuch rzuca się sekcja rytmiczna, m.in. "jazzujący" bas, a także "delikatniejsze" (choć bez przesady!) partie perkusyjne. Nie bardzo jednak rozumiem, z jakiego powodu wydali ten krążek pod szyldem Negativa. Nie ma co ukrywać, że stylistycznie skojarzenia przez te ponad dwadzieścia minut czasu trwania EP-ki wędrują w głównym stopniu w kierunku Gorguts.
 
Dlatego też w tamtym czasie, gdy z niecierpliwością wyczekiwano następcy "From Wisdom To Hate", "Negativa" pokryła część oczekiwań, zważywszy na kompozycje, jakie kwartet nagrał. I pomimo innej nazwy, każdy kto bez problemu pochłonął awangardowe eksperymenty od Gorguts, powinien również sprawdzić Negativę.


Podsumowując:
Zalety:
+bardzo dobre, eksperymentalne kompozycje
+wokal(e)
+produkcja
+spora dawka brutalności
+riffy
+wyrazisty bas
Wady:
-to tylko EP-ka...
-materiał jest stanowczo za krótki


Ocena końcowa: 8/10



Ciekawostki:
-zespół posiadał w zanadrzu jeszcze kilka innych utworów, lecz finalnie nie zostały one umieszczone na EP-ce
-Steeve Hurdle wielokrotnie powtarzał, że posiada gotowy materiał na pełny longplay Negativy, aczkolwiek jego obietnice nigdy nie doszły do skutku
-do "Chaos In Motion" powstał teledysk (link)

środa, 29 listopada 2017

Kreator "Extreme Aggression"


Zaledwie dwa lata wystarczyło czwórce z Kreatora, by wspiąć się jeszcze wyżej względem "Terrible Certainty". Nikogo bardzo nie dziwił jednak tego typu tryb pracy, ponieważ praktycznie każdy, ówczesny thrash metalowy zespół funkcjonował w podobny sposób - stawiając zarówno na ilość i na jakość. Efektem tych nagrań był wydany w 1989 roku czwarty, studyjny album Kreatora zatytułowany "Extreme Aggression".

Zważywszy na pierwotny pomysł okładki i finalne wykonanie, fotografia zespołu w obecnym wówczas składzie, była trochę nie na miejscu. Pozostawała na szczęście jeszcze muzyka, gdyż w przeciwieństwie do zbyt oczywistej oprawy graficznej (a to chyba nawet za dużo powiedziane), "Extreme Aggression" rozwinęła dotychczasowy, thrash metalowy styl Petrozzy i spółki do perfekcji.
 
Od początku dobitnie słychać, że Kreator wspiął się na swój szczyt możliwości. Zreeesztą, esencję stylistyki jaką zdominowała krążek zawarto już w samym tytule longplaya. Niemcy podkręcili bowiem poziom ekstremy znacznie bardziej wyraźnie, niż jak to bywało poprzednim razem, ale również nie ograniczyli się do bezmyślnej młóćki. Zespół świetnie wyważył jedno z drugim, czemu dowodzą chociażby "Betrayer", "Some Pain Will Last", "Love Us Or Hate Us" czy "Extreme Aggressions". Krok na przód objawia się także pod względem produkcji, aranżacji, ale też stopnia przyswajalności. "Extreme Aggression" został jednak na tyle doskonale skomponowany, że nawet stosunkowo proste (z pozoru) struktury kompozycji, potrafią po wielokrotnym odsłuchu wciąż odkrywać przed nami coraz to kolejne, ciekawe odsłony zawartości albumu (zwłaszcza od strony solówek). Na tym polega też przełom zawarty w "Extreme Aggression", ponieważ Kreator zachowując swój wulgarny, thrash metalowy styl, w końcu zabrzmiał jako w pełni profesjonalny zespół.
 
Sukces na skalę światową i definitywne odejście od stylistyki kojarzącej się ściśle ze Slayerem, zwieńczyło "Extreme Aggression" w ogólnym rozrachunku (m.in. z konkurencją) i pokazało w jakim stopniu Kreator ukształtował swoje, własne brzmienie. Jak czas pokazał, czwarty "pełniak" Niemców okazał się jednym z najlepszych w ich dyskografii.


Podsumowując:
Zalety:
+produkcja
+wokal
+partie perkusyjne
+riffy i solówki
+świetne, thrash metalowe utwory
+teksty
Wady:
-okładka


Ocena końcowa: 10/10



Ciekawostki:
-do utworu "Betrayer" powstał teledysk (link)
-pierwotnie, to Phil Lawvere miał stworzyć oprawę graficzną "Extreme Aggression" (jego autorstwa były wszystkie trzy z poprzednich albumów), aczkolwiek zespół zrezygnował z jego usług, a próby poszukiwań nowego grafika nie doszły do skutku. Kreator chciał więc zaoszczędzić na czasie i stąd, ta prostsza okładka
-w utworach "Betrayer" i "Don't Trust" zespół został wsparty wokalnie przez Dana Clementsa i Grega Saenza

poniedziałek, 20 listopada 2017

Napalm Death "Diatribes"


Mniej więcej w połowie lat dziewięćdziesiątych (niedługo po wydaniu "Utopia Banished"), kwintet z Napalm Death zdecydował się zmienić stylistykę i trochę poeksperymentować. Zapoczątkował to - wydany w 1994 roku - "Fear, Emptiness, Despair", a dwa lata później kontynuował "Diatribes" - szósty, studyjny album w dyskografii Napalm Death.

Kolejne zmiany sugeruje okładka zdobiąca "Diatribes". Co prawda od strony graficznej, longplay powraca - w pewnym sensie - do "rozsypanki" różnych motywów w starym stylu, ale prezentuje się jednak inaczej i (jak na ironię) dosyć nietypowo. Zważywszy na "eksperymentalny" i odległy od grindcore'a charakter muzyki, "Diatribes" ponownie więc wywołała sporo kontrowersji.

Chyba trochę na wyrost, ponieważ kwintet sklecił naprawdę rzetelny materiał (zapewne obawiano się powtórki z "Fear, Emptiness, Despair"). Z perspektywy czasu, "Diatribes" pokazała jednak, że Napalm Death potrafi po wcześniejszej pomyłce stworzyć bardzo dobry i niegrindcore'owy album. Owszem, zespół w dalszym ciągu nie wspina się na wyżyny swoich możliwości, chociaż dostarcza nam kawał ciekawie zaaranżowanej muzyki. Przede wszystkim, zmianie uległa produkcja na czystszą, pozbyto się noise'owych wtrąceń, a także sam charakter kompozycji stał się znacznie lżejszy. W kontekście Napalm Death, "lżejszy" nie oznacza jednak, by zespół jakoś znacząco zmiękczył brzmienie. Muzyka wciąż oscyluje wokół death metalu, z tym że każda z kompozycji trzyma się raczej średnich temp (a jeśli pojawiają się blasty w "Ripe For The Breaking", "Diatribes" czy "Dogma", stanowią dodatek do reszty), błyskawicznie zapada w pamięć (m.in. za sprawą bardzo chwytliwych "Just Rewards", "Greed Killing", "Glimpse Into Genocide", "Placate, Sedate, Eradicate" czy "Cursed To Crawl"), a niekiedy wprowadza do całości trochę psychodelii ("Cold Forgiveness", "My Own Worst Enemy"). Tak więc jest w czym wybierać.
 
Rzadko kiedy tego typu wolty stylistyczne objawiają zespół w nowym, lepszym świetle. A zwłaszcza, że "Diatribes" będąc longplayem odmiennym na tle pozostałej dyskografii Napalm Death wypadł całościowo z korzyścią dla zespołu, to jednak ze względu na wcześniejszy dorobek, oczekiwano po nim znacznie więcej.


Podsumowując:
Zalety:
+produkcja
+okładka
+teksty
+różne style śpiewu
+riffy
+partie perkusyjne
+różnorodne kompozycje
Wady:
-stosunkowo niska dawka ekstremy
-niektóre, jednostajne utwory


Ocena końcowa: 7,5/10



Ciekawostki:
-za niektóre efekty gitarowe odpowiedzialny był także Shane Embury
-tekst do utworu "Greed Killing", to jedyny gdzie swój udział miał również Mitch Harris

środa, 15 listopada 2017

Death "Spiritual Healing"


Niedługo po wydaniu "Leprosy", Rick Rozz decyduje się odejść z Death, podczas gdy nowym gitarzystą zostaje James Murphy (przed którym, na kawałek trasy koncertowej zdążył załapać się również Paul Masvidal), a miejsce basisty zajmuje już na stałe Terry Butler (choć to za dużo powiedziane, zważywszy na jego staż u boku Chucka Schuldinera). Ostatecznie, "Spiritual Healing" - będące następcą "Leprosy" - ukazuje się już w 1990 roku.

Podobnie jak poprzednio, tak i tym razem, za oprawę graficzną "Spiritual Healing" ponownie odpowiedzialny był Ed Repka. W nieco innym stylu, okładka doskonale jednak pokrywa się z tematyką krążka (i pomimo "ciepłej" kolorystyki, wpasowuje się w klimaty Death). Oczywiście, "Spiritual Healing" pod względem muzyki stanowiła jeszcze wyższy poziom na tle "Leprosy".

Z głównych zmian zwraca uwagę przede wszystkim "czystsza" i "czytelniejsza" produkcja oraz większy nacisk na bardziej techniczną konstrukcję riffów. Przodują w tym odjechane "Within The Mind", "Altering The Future", "Spiritual Healing", "Living Monstrosity" czy "Defensive Personalities", choć i w nich nie brakuje death metalowych galopad, ściśle zresztą powiązanych ze stylistyką Death. Ponad to, longplay dosyć szybko zapada w pamięć (głównie za sprawą całkiem chwytliwych riffów, ale również solówek), każdy z utworów zawiera w sobie pomysł (a żaden z nich nie bazuje na tym samym), przez co "Spiritual Healing" sporo od siebie oferuje, chociaż całościowo nie wnosi do death metalu aż tyle co poprzednik czy następca ukierunkowany w stronę progresji.
 
Na tym polega jednak atut "Spiritual Healing", gdyż trzeci longplay Death spaja ze sobą dwa etapy w świetną i odpowiednio wyważoną całość. To niejako też podsumowanie wczesnej, czysto death metalowej dyskografii Death - doskonałej i na niezwykle, wysokim poziomie, o czym świadczy m.in. właśnie "Spiritual Healing" (i nie tylko!).


Podsumowując:
Zalety:
+produkcja
+doskonałe riffy i solówki
+wokal
+bardzo dobre partie perkusyjne
+słyszalny bas
+okładka i teksty
Wady:
-lekkie podobieństwa co do "Leprosy"


Ocena końcowa: 9,5/10



Ciekawostki:
-riff znajdujący się w refrenie tytułowego utworu "Spiritual Healing", był już zawarty w kompozycji "Legion Of Doom" (znanej z wczesnych demówek Death)
-za partie klawiszy w utworze "Spiritual Healing", odpowiedzialny był Eric Greif
-ostatni album z Jamesem Murphy'm, Terry'm Butlerem oraz Billem Andrewsem w składzie

piątek, 10 listopada 2017

Annihilator "King Of The Kill"


Bardzo rozczarowujący poziom "Set The World On Fire" i zdekompletowanie ówczesnego składu Annihilator, spowodowało, iż sam w sobie zespół był na granicy rozpadu. Jeff Waters postanowił jednak kontynuować dalszą działalność Annihilator (którego szeregi w błyskawicznym tempie uzupełnił także perkusista Randy Black), by dokończyć i wydać w 1994 roku "King Of The Kill" - czwarty longplay Annihilator.

Zmiany dosięgnęły również okładki, której "komiksowy" charakter przynosi jednak spory niedosyt. Od strony graficznej, "King Of The Kill" stanowi bowiem drastyczny spadek względem "Set The World On Fire" (a już przecież poprzednim razem nie popisali się okładką). Coś musiało być na rzeczy skoro nawet tuż po bezpośrednim wydaniu "King Of The Kill", longplay przeszedł bez większego echa.

Główny problem jaki tkwi w "King Of The Kill" jest otóż taki, iż krążek sam w sobie stosunkowo niewiele wnosi do dyskografii Annihilator (z małym wyjątkiem - Jeff Waters zaczął śpiewać). Znów więc, muzyka oscyluje wokół heavy i thrash metalu (podobnież jak "Set The World On Fire"), ponownie również, została rozwodniona poprzez sporą ilość melodii, nie do końca przemyślane aranżacje i pośpiech. Kolejna sprawa - brzmienie. Ogólnie rzecz biorąc, jest całkiem przyzwoite, ale zbyt wytriggerowane (zwłaszcza od strony perkusji). Pomimo tylu niedoróbek, Jeff Waters oferuje też jednak utrzymany w średnim tempie i dosyć zwarty thrash metal, którego doszukać możemy się w "Second To None", "Hell Is A War", "21", "King Of The Kill" czy "Fiasco" (choć trochę przesadzony co do melodii). Z kolei, na drugim horyzoncie przewijają się mniej oczywiste utwory, takie jak marszowy "Annihilator" (swoją drogą, bardzo chwytliwy), industrialny "The Box", luzacki "Speed" i ballady pokroju "Bad Child" czy "In The Blood". Jako całość niestety odstają dosyć wyraźnie od reszty, co wpływa niezbyt korzystnie dla "King Of The Kill". Ale, ale...cały materiał wadzi generalnie bardzo nierówny poziom.

"King Of The Kill" w pewnym sensie jest kontynuacją "Set The World On Fire", lepszą, z okrojonym składem, bardziej thrashową (ale bez szaleństw), choć ściśle powiązaną z lżejszym wcieleniem Annihilator. Przez to też, kontynuacja w tym stylu znacząco odbiega od doskonałego debiutu, jakim był "Alice In Hell".


Podsumowując:
Zalety:
+wokal
+znakomite solówki
+wyrazisty bas
+całkiem przyzwoite partie perkusyjne
+bardzo dobre riffy
Wady:
-zbyt heavy metalowy charakter muzyki
-produkcja
-niezbyt wyszukane melodie
-niedopracowane kompozycje


Ocena końcowa: 6/10



Ciekawostki:
-wznowienia "King Of The Kill" posiadają inaczej ułożoną listę utworów
-teksty do utworów "Annihilator" i "King Of The Kill" powstały jeszcze przy współudziale Johna Batesa (był wokalistą Annihilator w latach 1984-1985)
-kompozycja "Second To None" miała trafić na poprzedni album (co ciekawe, współautorem tekstu był Aaron Randall)
-do utworu "King Of The Kill" powstał teledysk (link)

czwartek, 2 listopada 2017

Carcass "Symphonies Of Sickness"


Nie do końca zadowoleni z syfiastej i odrażającej produkcji "Reek Of Putrefaction" (która dla większości stanowiła jednak olbrzymi atut krążka), trio z Carcass w zaledwie kilka miesięcy od debiutu tworzy materiał stylistycznie (jak na ironię) bardzo zbliżony do "Reek Of Putrefaction", choć bardziej poukładany. Bez żadnych zmian personalnych, "Symphonies Of Sickness" - drugi longplay Carcass - ukazuje się w 1989 roku.
 
W tym samym stylu co poprzednio, okładka zdobiąca "Symphonies Of Sickness" ponownie prezentuje się jako wszelkiej maści "wyklejanka" o tematyce gore. Cóż...od strony graficznej albumu, nie zaskoczyli niczym nowym (choć sam wygląd okładki jest świetny), o tyle jednak, pod względem muzyki, Carcass rozwinął swój dotychczasowy, goregrind'owy styl bardzo wyraźnie.
 
Pierwsze co rzuca się w oczy (czy raczej w słuch) - w stosunku do "Reek Of Putrefaction", zmalała ilość utworów z dwudziestu dwóch do dziesięciu. Co więcej, każdy z nich stał się o wiele bardziej złożony i przemyślany niż poprzednio, chociaż pod względem goregrind'owej brutalności, wciąż zostały wszystkie odpowiednio wyważone. Pomimo obleśnej produkcji, "Symphonies Of Sickness" nie brzmi już tak źle i nieczytelnie co "Reek Of Putrefaction", a całości daleko od przysłowiowej "ściany dźwięku". Ciekawsze stały się również aranżacje, dzięki którym takie utwory jak "Exhume To Consume", "Slash Dementia", "Excoriating Abdominal Emanation" czy "Ruptured In Purulence" zyskały na jakości i pokazały zespół z trochę innej - niż poprzednim razem - strony. "Symphonies Of Sickness" od początku do końca poraża popieprzonym klimatem (w stylistyce gore, rzecz jasna), świetnymi riffami spod palców Billa Steera (doskonale potwierdzają to "Embryonic Necropsy And Devourment" czy "Empathological Necroticism"), perkusyjnymi nawałnicami Kena Owena oraz paskudnym wokalem Jeffa Walkera.
 
W zaledwie rok od wydania "Reek Of Putrefaction", "Symphonies Of Sickness" ukazała nam Carcass jako - prawie że w pełni - perfekcyjny, goregrind'owy zespół. Na tym jednak krążku, Carcass po raz ostatni trzymał się na tyle ekstremalnej muzyki, co za czasów demówek.


Podsumowując:
Zalety:
+świetne, goregrind'owe utwory
+specyficzna produkcja
+wokal
+riffy i solówki
+partie perkusyjne
+ekstremalny charakter muzyki
Wady:
-zdarzały się lekkie spadki


Ocena końcowa: 9,5/10



Ciekawostki:
-side A albumu został nazwany "Requiems Of Revulsion", z kolei side B: "Concertos Of Carnage"
-na niektórych wydaniach, okładka zdobiąca "Symphonies Of Sickness" została ocenzurowana (do poglądu w tym miejscu)