środa, 15 listopada 2017

Death "Spiritual Healing"


Niedługo po wydaniu "Leprosy", Rick Rozz decyduje się odejść z Death, podczas gdy nowym gitarzystą zostaje James Murphy (przed którym, na kawałek trasy koncertowej zdążył załapać się również Paul Masvidal), a miejsce basisty zajmuje już na stałe Terry Butler (choć to za dużo powiedziane, zważywszy na jego staż u boku Chucka Schuldinera). Ostatecznie, "Spiritual Healing" - będące następcą "Leprosy" - ukazuje się już w 1990 roku.

Podobnie jak poprzednio, tak i tym razem, za oprawę graficzną "Spiritual Healing" ponownie odpowiedzialny był Ed Repka. W nieco innym stylu, okładka doskonale jednak pokrywa się z tematyką krążka (i pomimo "ciepłej" kolorystyki, wpasowuje się w klimaty Death). Oczywiście, "Spiritual Healing" pod względem muzyki stanowiła jeszcze wyższy poziom na tle "Leprosy".

Z głównych zmian zwraca uwagę przede wszystkim "czystsza" i "czytelniejsza" produkcja oraz większy nacisk na bardziej techniczną konstrukcję riffów. Przodują w tym odjechane "Within The Mind", "Altering The Future", "Spiritual Healing", "Living Monstrosity" czy "Defensive Personalities", choć i w nich nie brakuje death metalowych galopad, ściśle zresztą powiązanych ze stylistyką Death. Ponad to, longplay dosyć szybko zapada w pamięć (głównie za sprawą całkiem chwytliwych riffów, ale również solówek), każdy z utworów zawiera w sobie pomysł (a żaden z nich nie bazuje na tym samym), przez co "Spiritual Healing" sporo od siebie oferuje, chociaż całościowo nie wnosi do death metalu aż tyle co poprzednik czy następca ukierunkowany w stronę progresji.
 
Na tym polega jednak atut "Spiritual Healing", gdyż trzeci longplay Death spaja ze sobą dwa etapy w świetną i odpowiednio wyważoną całość. To niejako też podsumowanie wczesnej, czysto death metalowej dyskografii Death - doskonałej i na niezwykle, wysokim poziomie, o czym świadczy m.in. właśnie "Spiritual Healing" (i nie tylko!).


Podsumowując:
Zalety:
+produkcja
+doskonałe riffy i solówki
+wokal
+bardzo dobre partie perkusyjne
+słyszalny bas
+okładka i teksty
Wady:
-lekkie podobieństwa co do "Leprosy"


Ocena końcowa: 9,5/10



Ciekawostki:
-riff znajdujący się w refrenie tytułowego utworu "Spiritual Healing", był już zawarty w kompozycji "Legion Of Doom" (znanej z wczesnych demówek Death)
-za partie klawiszy w utworze "Spiritual Healing", odpowiedzialny był Eric Greif
-ostatni album z Jamesem Murphy'm, Terry'm Butlerem oraz Billem Andrewsem w składzie

piątek, 10 listopada 2017

Annihilator "King Of The Kill"


Bardzo rozczarowujący poziom "Set The World On Fire" i zdekompletowanie ówczesnego składu Annihilator, spowodowało, iż sam w sobie zespół był na granicy rozpadu. Jeff Waters postanowił jednak kontynuować dalszą działalność Annihilator (którego szeregi w błyskawicznym tempie uzupełnił także perkusista Randy Black), by dokończyć i wydać w 1994 roku "King Of The Kill" - czwarty longplay Annihilator.

Zmiany dosięgnęły również okładki, której "komiksowy" charakter przynosi jednak spory niedosyt. Od strony graficznej, "King Of The Kill" stanowi bowiem drastyczny spadek względem "Set The World On Fire" (a już przecież poprzednim razem nie popisali się okładką). Coś musiało być na rzeczy skoro nawet tuż po bezpośrednim wydaniu "King Of The Kill", longplay przeszedł bez większego echa.

Główny problem jaki tkwi w "King Of The Kill" jest otóż taki, iż krążek sam w sobie stosunkowo niewiele wnosi do dyskografii Annihilator (z małym wyjątkiem - Jeff Waters zaczął śpiewać). Znów więc, muzyka oscyluje wokół heavy i thrash metalu (podobnież jak "Set The World On Fire"), ponownie również, została rozwodniona poprzez sporą ilość melodii, nie do końca przemyślane aranżacje i pośpiech. Kolejna sprawa - brzmienie. Ogólnie rzecz biorąc, jest całkiem przyzwoite, ale zbyt wytriggerowane (zwłaszcza od strony perkusji). Pomimo tylu niedoróbek, Jeff Waters oferuje też jednak utrzymany w średnim tempie i dosyć zwarty thrash metal, którego doszukać możemy się w "Second To None", "Hell Is A War", "21", "King Of The Kill" czy "Fiasco" (choć trochę przesadzony co do melodii). Z kolei, na drugim horyzoncie przewijają się mniej oczywiste utwory, takie jak marszowy "Annihilator" (swoją drogą, bardzo chwytliwy), industrialny "The Box", luzacki "Speed" i ballady pokroju "Bad Child" czy "In The Blood". Jako całość niestety odstają dosyć wyraźnie od reszty, co wpływa niezbyt korzystnie dla "King Of The Kill". Ale, ale...cały materiał wadzi generalnie bardzo nierówny poziom.

"King Of The Kill" w pewnym sensie jest kontynuacją "Set The World On Fire", lepszą, z okrojonym składem, bardziej thrashową (ale bez szaleństw), choć ściśle powiązaną z lżejszym wcieleniem Annihilator. Przez to też, kontynuacja w tym stylu znacząco odbiega od doskonałego debiutu, jakim był "Alice In Hell".


Podsumowując:
Zalety:
+wokal
+znakomite solówki
+wyrazisty bas
+całkiem przyzwoite partie perkusyjne
+bardzo dobre riffy
Wady:
-zbyt heavy metalowy charakter muzyki
-produkcja
-niezbyt wyszukane melodie
-niedopracowane kompozycje


Ocena końcowa: 6/10



Ciekawostki:
-wznowienia "King Of The Kill" posiadają inaczej ułożoną listę utworów
-teksty do utworów "Annihilator" i "King Of The Kill" powstały jeszcze przy współudziale Johna Batesa (był wokalistą Annihilator w latach 1984-1985)
-kompozycja "Second To None" miała trafić na poprzedni album (co ciekawe, współautorem tekstu był Aaron Randall)
-do utworu "King Of The Kill" powstał teledysk (link)

czwartek, 2 listopada 2017

Carcass "Symphonies Of Sickness"


Nie do końca zadowoleni z syfiastej i odrażającej produkcji "Reek Of Putrefaction" (która dla większości stanowiła jednak olbrzymi atut krążka), trio z Carcass w zaledwie kilka miesięcy od debiutu tworzy materiał stylistycznie (jak na ironię) bardzo zbliżony do "Reek Of Putrefaction", choć bardziej poukładany. Bez żadnych zmian personalnych, "Symphonies Of Sickness" - drugi longplay Carcass - ukazuje się w 1989 roku.
 
W tym samym stylu co poprzednio, okładka zdobiąca "Symphonies Of Sickness" ponownie prezentuje się jako wszelkiej maści "wyklejanka" o tematyce gore. Cóż...od strony graficznej albumu, nie zaskoczyli niczym nowym (choć sam wygląd okładki jest świetny), o tyle jednak, pod względem muzyki, Carcass rozwinął swój dotychczasowy, goregrind'owy styl bardzo wyraźnie.
 
Pierwsze co rzuca się w oczy (czy raczej w słuch) - w stosunku do "Reek Of Putrefaction", zmalała ilość utworów z dwudziestu dwóch do dziesięciu. Co więcej, każdy z nich stał się o wiele bardziej złożony i przemyślany niż poprzednio, chociaż pod względem goregrind'owej brutalności, wciąż zostały wszystkie odpowiednio wyważone. Pomimo obleśnej produkcji, "Symphonies Of Sickness" nie brzmi już tak źle i nieczytelnie co "Reek Of Putrefaction", a całości daleko od przysłowiowej "ściany dźwięku". Ciekawsze stały się również aranżacje, dzięki którym takie utwory jak "Exhume To Consume", "Slash Dementia", "Excoriating Abdominal Emanation" czy "Ruptured In Purulence" zyskały na jakości i pokazały zespół z trochę innej - niż poprzednim razem - strony. "Symphonies Of Sickness" od początku do końca poraża popieprzonym klimatem (w stylistyce gore, rzecz jasna), świetnymi riffami spod palców Billa Steera (doskonale potwierdzają to "Embryonic Necropsy And Devourment" czy "Empathological Necroticism"), perkusyjnymi nawałnicami Kena Owena oraz paskudnym wokalem Jeffa Walkera.
 
W zaledwie rok od wydania "Reek Of Putrefaction", "Symphonies Of Sickness" ukazała nam Carcass jako - prawie że w pełni - perfekcyjny, goregrind'owy zespół. Na tym jednak krążku, Carcass po raz ostatni trzymał się na tyle ekstremalnej muzyki, co za czasów demówek.


Podsumowując:
Zalety:
+świetne, goregrind'owe utwory
+specyficzna produkcja
+wokal
+riffy i solówki
+partie perkusyjne
+ekstremalny charakter muzyki
Wady:
-zdarzały się lekkie spadki


Ocena końcowa: 9,5/10



Ciekawostki:
-side A albumu został nazwany "Requiems Of Revulsion", z kolei side B: "Concertos Of Carnage"
-na niektórych wydaniach, okładka zdobiąca "Symphonies Of Sickness" została ocenzurowana (do poglądu w tym miejscu)

czwartek, 26 października 2017

Coroner "Punishment For Decadence"


Szwajcarom z Coroner wystarczyło zaledwie kilka miesięcy po premierze "R.I.P.", by wydać następcę zatytułowanego "Punishment For Decadence" i tylko tyle, żeby zespół zabrzmiał inaczej (choć nie do przesady) względem debiutu. W niezmiennym składzie, "Punishment For Decadence" - drugi longplay Coroner - ukazuje się w 1988 roku.

Jak to często też bywa, krok na przód powinna sygnalizować w jakimś tam stopniu oprawa graficzna. Nie inaczej się właśnie stało z "Punishment For Decadence", która od strony wizualnej oczywiście przewyższa "R.I.P.". Ze sprzedażą krążka niestety również było podobnie co poprzednio, niezbyt ciekawie.

Nie w tym jednak rzecz. W przypadku technicznego thrash metalu spod znaku Coroner, taka postać rzeczy to standard. Szwajcarzy ponownie stworzyli bowiem materiał niezwykle nieregularny, nieoczywisty i dalece odległy od typowego thrash metalu. Coroner w tak krótkim czasie uczynił na tyle wyraźny progres, że nawet już trochę przestarzała produkcja niewiele odbiera z całości "Punishment For Decadence". Trio świetnie eksponuje swoją technikę (zwłaszcza gitarzysta Tommy Vetterli), ale potrafi również przyłoić jak trzeba (mniej speed metalowo, a klasycznie thrash metalowo), dzięki czemu sam w sobie longplay jest odpowiednio wyważony i zrównoważony (nikt z nikim nie ściga się bez potrzeby). Każdy z utworów został jednak trafiony w samo sedno, czy to "Shadow Of A Lost Dream", "Arc-Lite", "The New Breed", "Absorbed", "Masked Jackal" czy z kolei konkretnie odjechany "Skeleton On Your Shoulder". A jakby jeszcze komuś brakowało "czegoś ponad normę", na koniec znalazł się efekciarski cover Hendrixa - "Purple Haze".

Niewielu wówczas przeszło przez myśl, iż thrash metal mógł przybierać takie kształty jakimi Coroner oczarował na "Punishment For Decadence". Względem "R.I.P.", szwajcarzy doskonale rozwinęli swój styl.


Podsumowując:
Zalety:
+świetne, techniczne kompozycje
+doskonałe riffy i solówki
+wyrazisty bas
+wokal
+rozwój (w stosunku do "R.I.P.")
+okładka i warstwa liryczna
Wady:
-produkcja


Ocena końcowa: 9,5/10



Ciekawostki:
-w sesji nagraniowej "Punishment For Decadence", dodatkowo uczestniczył Gary Marlowe (odpowiedzialny za wszelkie partie klawiszowe)
-wszystkie teksty zostały napisane przez perkusistę - Marquisa Marky'iego
-do utworu "Masked Jackal" powstał teledysk (link)

niedziela, 22 października 2017

Kreator "Terrible Certainty"


Rok po premierze "Pleasure To Kill", Kreator ponownie podnosi poprzeczkę, wydając w błyskawicznym tempie "Terrible Certainty" - swój trzeci, studyjny album. Wena dopisywała, toteż kwartet (w którego składzie pojawił się gitarzysta Jörg Trzebiatowski) nie zwlekał z wydaniem płyty.
 
Nikogo zbytnio to jednak nie dziwiło, Kreator wciąż jeszcze się rozwijał, co widać wyraźnie od strony graficznej "Terrible Certainty". W ten właśnie sposób, zespół dobrał okładkę, która przewyższa wszystkie poprzednie. Pod względem muzyki, longplay również utrzymał bardzo wysoki poziom.
 
W stosunku do "Pleasure To Kill", "Terrible Certainty" uzyskała znacznie czystsze brzmienie (a w tym zasługa akurat Roya Rowlanda - producenta), przez co muzyka stała się mniej prymitywna, a bardziej poukładana. W dalszym ciągu, Mille Petrozza z resztą kolegów trzymają się thrash metalowej stylistyki, i po raz trzeci zaskakują również z trochę innej strony. Struktury utworów zostały zachowane w bardzo zbliżonym stopniu co do "Pleasure To Kill", ale aranżacyjnie jest zdecydowanie ciekawiej. Krok na przód przejawia się przede wszystkim rzetelniejszą (ale niezbyt sterylną) produkcją, na czym w szczególności zyskały "Storming With Menace", "One Of Us", "Behind The Mirror", "Blind Faith" czy utwór tytułowy. "Terrible Certainty" jako całość nie posiada większych, rażących błędów, choć niekiedy kurczowo (i zbyt mocno) bazuje na tym do czego już zdążyliśmy się u Niemców przyzwyczaić. Chociaż...taki też urok wczesnego Kreatora.
 
W dosyć krótkim odstępie czasu, tuż po wydaniu "Pleasure To Kill", Mille Petrozza ze swoim zespołem stworzył longplay jeszcze lepiej przemyślany niż poprzednio i klasyczny w dziedzinie thrash metalu. "Terrible Certainty" stanowi doskonałe rozwinięcie stylu zaczętego na "Pleasure To Kill".


Podsumowując:
Zalety:
+(lepsza względem "Pleasure To Kill") produkcja
+świetne, thrash metalowe utwory
+wokal
+partie perkusyjne
+słyszalny bas
+riffy i solówki
+okładka
+warstwa liryczna
Wady:
-średnio zróżnicowane kompozycje


Ocena końcowa: 9,5/10



Ciekawostki:
-Jörg Trzebiatowski w rzeczywistości zagrał tylko i wyłącznie we wstępie do "Behind The Mirror" (resztę partii gitar nagrał Mille)
-do utworu "Toxic Trace" powstał teledysk (link)
-pierwotny tytuł "Terrible Certainty" zwał się "Blind Faith"

wtorek, 17 października 2017

Testament "The Ritual"


Przeciętnie thrash metalowy "Souls Of Black" i wyczerpanie dotychczasowej formuły spowodowało, iż Testament pokusił się pójść w podobnym kierunku co na początku lat dziewięćdziesiątych Metallica i Megadeth - w stronę komercji. Niedługo po premierze wspomnianego "Souls Of Black", kwintet tworząc nowy materiał odstawił thrash metal na drugi plan, a w pierwszej kolejności zadbał, aby muzyka stała się lżejsza i bardziej melodyjna. Efektem był wyraźnie złagodzony w stosunku do poprzedniczek, "The Ritual" - piąty, studyjny album Testament wydany w 1992 roku.
 
Pomimo zmian jakie Testament wówczas przechodził, oprawa wizualna trzyma się dawnej stylistyki - w żadnym stopniu nie odbiega od tych z poprzednich albumów. Pod tym względem, zespół - jak zwykle - spisał się bez jakichkolwiek zarzutów. Sama w sobie zawartość, sygnalizowała jednak coraz to niższą formę.
 
Zwrot w kierunku łatwiej przyswajalnych piosenek okazał się być zupełnie niewłaściwym posunięciem. Doskonale potwierdza to chociażby otwierający krążek "Electric Crown" (poprzedzony nic nie wnoszącym intrem do całości). Poza śpiewem Chucka Billy'ego i produkcją zbliżoną do "Souls Of Black", niewiele pozostało w tym thrash metalowego Testamentu, bardzo niewiele. Sytuacja na szczęście rozjaśnia się przy "Agony", "Troubled Dreams", "Let Go Of My World", "So Many Lies" czy "Deadline", które wracają na właściwą drogę, choć i w nich nie brakuje małych potknięć. "The Ritual" w głównej mierze wadzą niezbyt wyszukane melodie, brak pieprznięcia w dawnym, thrash metalowym stylu oraz ogólnie średnio ciekawe aranżacje (co nie tyczy się świetnych solówek Alexa Skolnicka). We wszystkim tkwi jednak jakiś tam potencjał, a kwintet pokazał to od strony (aż dwóch) ballad - "Return To Serenity" i "The Ritual" - rewelacyjnie odnoszących się do lżejszej twórczości Testament. Reszta utworów, też jakoś daje radę, ale jako całość prezentuje bardzo nierówny poziom.
 
Nie do końca udany "Souls Of Black" sprawił, że Testament zdecydował się złagodzić brzmienie i radykalnie odejść od thrash metalu. Owszem, "The Ritual" bazuje na tym do czego zdążyliśmy już u Testament przywyknąć, longplay położył przede wszystkim jednak pośpiech i komercyjny charakter muzyki.


Podsumowując:
Zalety:
+śpiew Chucka Billy'ego
+przyzwoite riffy
+solówki
+słyszalny bas
+okładka i teksty
Wady:
-komercyjny charakter muzyki
-bardzo nierówny poziom całości


Ocena końcowa: 6,5/10



Ciekawostki:
-za niektóre teksty, odpowiedzialni byli również Eric Peterson i Alex Skolnick
-"The Ritual" po raz ostatni zdobi okładka autorstwa Williama Bensona
-longplay osiągnął 55. miejsce w zestawieniu Billboard 200
-jak się niebawem okazało, "The Ritual" jest ostatnim krążkiem w klasycznym składzie Testament
-do utworów "Electric Crown" (link) oraz "Return To Serenity" (link) powstały teledyski

czwartek, 12 października 2017

Grave "Into The Grave"


Podczas gdy szwedzki death metal wspinał się na sam szczyt, na fali sukcesów załapał się również Grave. Zanim jednak zadebiutowali, do albumu była jeszcze wówczas daleka droga, ponieważ Jörgen Sandström, Ola Lindgren i Jens Paulsson zakładając zespół w 1984 roku widnieli pod nazwą Rising Power, a przez kolejne cztery lata funkcjonowali jeszcze jako Destroyer, Anguish oraz Corpse, aż dopiero w 1988 roku oficjalnie przekształcili się w Grave. Po serii demówek, mniej więcej na etapie sesji nagraniowej debiutanckiego krążka do Grave dołącza basista Jonas Torndal, z którym to "Into The Grave" debiutuje w 1991 roku.
 
W przeciwieństwie do demówek (gdzie w głównej mierze chodziło przecież o muzykę), Szwedzi postarali się pod względem oprawy graficznej odpowiednio odzwierciedlić tytuł "Into The Grave" na okładce. I szczerze mówiąc, lepszego paskudztwa od strony wizualnej kwartet nie był w stanie wówczas zaproponować - debiutancki longplay Grave'a nie bez powodu w końcu osiągnął status klasyki szwedzkiego death metalu.
 
Od samego początku "Into The Grave", uderza w nas więc nawałnica death metalu z najwyższej półki i wprost ze Szwecji. Tych dwanaście utworów składających się na debiut Grave poraża brutalnością, niezwykle surową produkcją, "zgrzytliwymi" riffami (co z czasem stało się typowe dla Szwedów), growlingiem Sandströma oraz sposobem aranżacji (stosunkowo prostym, ale dalekim od prostactwa). Każda z kompozycji obraca się w średnich lub szybkich tempach, ale bez szaleństw (i bez blastów). Tego typu detale absolutnie nie przeszkadzają w ogólnym rozrachunku "Into The Grave". Owszem, niekiedy brakuje różnorodności (a niektóre utwory bywają do siebie zbyt podobne), longplay jednak za każdym razem dostarcza odpowiednią dawkę death metalu, wykonaną na świetnym i bardzo wysokim poziomie.
 
Cóż więcej rzec. Grave ze swoją muzyką trafił w samo sedno, w czasach kiedy death metal był u szczytu. A wszystko co wytaczało ich styl, zespół zawarł to już m.in. za sprawą debiutanckiego "Into The Grave".


Podsumowując:
Zalety:
+charakterystyczne, szwedzkie riffy
+prymitywna produkcja
+growling
+brutalne, death metalowe kompozycje
+okładka i teksty
Wady:
-zbyt niska różnorodność utworów


Ocena końcowa: 9/10



Ciekawostki:
-część utworów znana z demówek, z niewiadomych przyczyn, nie pojawiła się na finalnej wersji debiutu Grave
-przy pierwszych wydaniach "Into The Grave", album nie zawierał w książeczce tekstów