czwartek, 21 września 2017

Carnivore "Carnivore"


Swoje pierwsze kroki, Peter Steele stawiał pod szyldem Fallout, którego współtworzyli także klawiszowiec Josh Silver, perkusista Louie Beato oraz gitarzysta John Campos. Tuż po wydaniu singla zatytułowanego "Rock Hard", kwartet jednak błyskawicznie rozwiązuje działalność, powodem kierunku w jakim zespół zmierzał (Silver pragnął pozostać przy rockowej stylistyce, a Steele nie). Wraz z perkusistą Louiem Beato oraz nowym gitarzystą Keithem Alexandrem, Peter Steele zakłada w 1982 roku Carnivore. Po dwóch demówkach, trio nagrywa debiutancki album, zatytułowany po prostu "Carnivore", a finalnie wypuszczony na świat w 1985 roku.

Wobec debiutantów jakimi byli wówczas Carnivore, nie jest ciężko zrozumieć bylejakość okładki jaka zdobi ich longplay - brakowało oczywiście kasy. Obecne wydania zawierają jednak inną oprawę graficzną, zdecydowanie lepszą (do podglądu w tym miejscu). Pomijając drobiazgi, "Carnivore" zyskał status kultowego pod względem muzyki jaką w sobie zawierał.
 
Nie bez powodu. Pod dowództwem Petera Steela, debiutujący Carnivore wypracował swój własny, thrash metalowy styl. Przeważają szybkie, wulgarne i czadowe utwory, którym daleko jednak do prostactwa, a ich post-apokaliptyczny i punkowy charakter został odpowiednio wyważony i zróżnicowany. W takim właśnie stopniu prezentują się chociażby "Legion Of Doom", "Carnivore", "Predator" czy "World Wars III And IV". Z drugiej mańki zaskakują nas wolniejsze, doom metalowe wręcz "Armageddon" oraz "Thermonuclear Warrior" (które siłą rzeczy rozpędzają się po wstępie do temp poprzedników), a także bardziej melodyjne "Male Supremacy" i "God Is Dead". Całość dodatkowo wyróżnia się niezwykle wyrazistym, przesterowanym basem oraz krzykliwym (jeszcze) wokalem Ratajczyka. Generalnie, longplay trzyma zaskakująco równy i bardzo wysoki poziom. Zważywszy jednak na dosyć obfity, późniejszy dorobek Petera Steela, "Carnivore" to zaledwie przedsmak jego twórczości.
 
Niewielu debiutowało na równie tym samym poziomie co Carnivore. Większości nawet przez myśl nie przeszło, by tak jak Peter Steele uczynić z prostoty świetny i przemyślany krążek. "Carnivore", choć całościowo zabrakło jeszcze do perfekcji, jako debiutancki album stanowi właśnie ten wzorcowy przykład.


Podsumowując:
Zalety:
+proste, przemyślane utwory
+śpiew Petera Steela
+produkcja
+riffy
+wyrazisty bas
+przyzwoite partie perkusyjne
Wady:
-okładka
-niektóre z utworów bazują na podobnych schematach


Ocena końcowa: 8/10



Ciekawostki:
-utwór "The Subhuman" jako jedyny z demówek nie trafił na oficjalną wersję debiutu Carnivore, co ciekawe sama w sobie kompozycja trwała aż jedenaście minut
-jedyny album Carnivore, w którego składzie znalazł się gitarzysta Keith Alexander

sobota, 16 września 2017

Possessed "Seven Churches"


Possessed jest dla death metalu tym, czym było Black Sabbath, gdy powstawał heavy metal - stwórcą, pionierem gatunku. Dokładną historię opętania datuje się na rok 1983, kiedy to Possessed powstaje z inicjatywy gitarzysty Mike'a Torrao i perkusisty Mike'a Susa, do których w błyskawicznym tempie dołączają basista Jeff Andrews oraz wokalista Barry Fisk. Skład przechodzi jednak kolejne zmiany. Po tym jak Fisk popełnia samobójstwo, a Andrews decyduje się odejść, w zespole pojawiają się basista/wokalista Jeff Becerra oraz gitarzysta Brian Montana (którego niedługo potem zastąpił Larry LaLonde), po czym w 1984 roku, Possessed nagrywa legendarną demówkę zatytułowaną "Death Metal", a zaledwie rok później kult kultów - debiutancki album - "Seven Churches".

Death metal według Possessed miał być przede wszystkim ekstremalny, wulgarny i bezpośredni. W takim właśnie stopniu, niezwykle prosta(cka) okładka odzwierciedla "Seven Churches", która w chwili premiery była - szczerze mówiąc - niezbyt istotnym detalem dla całości. Liczyło się co innego - muzyka. Nikt wówczas w 1985 roku nie wydał na tyle brutalnego debiutu co Possessed.

Znając ogólny wkład Possessed w death metal i rozwój przez jaki gatunek przechodził, sami widzicie ile im jest zawdzięczane. Co ciekawe, korzenie ich muzyki wciąż tkwiły w thrash metalu. Podnosząc jednak poziom brutalności, kwartet zabrzmiał inaczej niż w tamtym czasie Slayer, Exodus czy Metallica. Nie silili się zbytnio na różnorodność, każdy z utworów stawia na bezkompromisowy i prymitywny "łomot", choć na tym w głównej mierze "Seven Churches" zyskuje. Dominują szybkie partie perkusyjne, całkiem słyszalny bas, protogrowling Jeffa Becerry, proste riffy, a dla odmiany trochę bardziej odjechane solówki. Z pewnością, gdy "Seven Churches" wyszedł na świat, większości nie przeszło przez myśl, w jaki sposób Possessed przesunęło granice ekstremy.
 
Dlaczego więc "Seven Churches" stał się klasyką, tego nie trzeba raczej nikomu tłumaczyć. Tyle ile wnieśli w death metal, każdy już wie. Possessed wraz ze swoim "Seven Churches" stworzyli death metal i wyznaczyli konkretny kierunek, w którym gatunek powinien podążać.


Podsumowując:
Zalety:
+proste, brutalne utwory
+wokal
+solidna produkcja (jak na tamte lata)
+solówki
+riffy
+słyszalny bas
Wady:
-niektóre z utworów bazują na podobnych schematach


Ocena końcowa: 8/10



Ciekawostki:
-na niektórych wydaniach, okładka "Seven Churches" zawiera wyłącznie logo zespołu i czarne tło
-"The Exorcist" to pierwszy utwór, który Possessed nagrało na swój debiutancki album

środa, 13 września 2017

Morbid Angel "Heretic"


Trzy lata kolejnych oczekiwań od "Gateways To Annihilation" poskutkowały ponownym zwężeniem składu Morbid Angel do trójki, a sam w sobie zespół, postanowił cofnąć się - w pewnym sensie - do własnych korzeni. Coś musiało być jednak na rzeczy skoro ich ósmy, studyjny album został ochrzczony tytułem "Heretic" (kto choć trochę interesował się historią Morbid Angel, ten wiedział pod jakim szyldem Trey Azagthoth założył pierwotnie zespół). Czyżby ukłon w kierunku dawnych czasów? Kwestia przypadku czy nie, "Heretic" finalnie ukazuje się w 2003 roku.
 
Oczyyywiście, zdążyliśmy już przywyknąć do doskonałej i dokurwionej jak trzeba oprawy graficznej ze strony Morbid Angel. Ciężko mi jednak nie kryć zachwytu nad okładką zdobiącą "Heretic". Podobnie jak poprzednim razem, zespół wzorcowo zadbał o własny wizerunek (z perspektywy okładki), ale...nie do końca. Od kompletu odstawała muzyka, przez którą znów posypała się ostra krytyka.
 
Względem "Gateways To Annihilation", to wyraźny krok wstecz. Regres nie tyczy się samych w sobie kompozycji, ale fatalnego brzmienia, które spieprzyło materiał po całości. "Heretic" niestety powtarza i powiela błędy znane nam z "Formulas Fatal To The Flesh". Kuleje przede wszystkim produkcja (bliższa bardziej demówce niż longplayowi) i absurdalna wręcz ilość przerywników. Pomijając główny problem krążka, "Heretic" zawiera w sobie (jak na ironię) świetnie skomponowane, death metalowe utwory, wśród których trzeba nadmienić "Within Thy Enemy", "Cleansed In Pestilence (Blade Of Elohim)", "God Of Our Own Divinity", "Enshrined By Grace", "Curse The Flesh" czy "Praise The Strength". Każdy z nich "błyszczy" pod względem riffów, solówek, partii perkusyjnych oraz wokali Steve'a Tuckera. W takim stylu powinna brzmieć całość.
 
W tym wszystkim tkwił spory potencjał, którego jednak nie wykorzystano. Ósmy longplay Morbid Angel, pomimo bardzo dobrych utworów, cierpi na totalny przesyt przerywników oraz skopaną produkcję. "Heretic" sygnalizuje również poważny spadek formy w dyskografii Morbid Angel.


Podsumowując:
Zalety:
+powrót do szybszych temp
+bardzo dobrze skomponowane utwory
+riffy i solówki
+wokal
+partie perkusyjne
+teksty
+okładka
Wady:
-produkcja
-przerywniki


Ocena końcowa: 7/10



Ciekawostki:
-puste ścieżki następujące po "Born Again" według Treya Azagthotha mają jakieś, ukryte znaczenie
-do utworu "Enshrined By Grace" powstał teledysk (link)
-w utworze "God Of Our Own Divinity" gościnnie pojawia się Karl Sanders

sobota, 9 września 2017

Edge Of Sanity "Nothing But Death Remains"


Tuż po założeniu szwedzkiego Edge Of Sanity (w którego najbardziej stabilny skład wchodzili wokalista Dan Swanö, perkusista Benny Larsson, basista Anders Lindberg oraz gitarzyści Andreas Axelsson i Sami Nerberg) oraz nagraniu "na rozgrzewkę" kilku demówek, niedługo potem pojawia się ich kultowy, debiutancki album, opatrzony tytułem "Nothing But Death Remains", a wydany w 1991 roku.

Pod względem oprawy graficznej, Szwedzi przyciągali wzrok już od strony graficznej albumu (razem ze słuchem, w kierunku muzyki). Jak na debiutantów, "Nothing But Death Remains" zawiera świetną i bardzo dopracowaną okładkę, która w zestawieniu z muzyką Szwedów, siłą rzeczy sprawiała, że wobec debiutu Edge Of Sanity nie dało się przejść obojętnie.
 
W przeciwieństwie do dalszej dyskografii, debiutancki album Edge Of Sanity w głównej mierze stawia na brutalność. Dominują przeważnie szybkie utwory, dalekie jednak od bezmyślnej sieczki. Szwedzi zadbali bowiem o bardzo ciekawe aranżacje (np. w "Maze Of Existence (Epidemic Reign Part I)" czy w "Tales..."), dzięki którym death metal w ich wykonaniu nabierał wyjątkowych walorów, bez zbędnej prostoty i kombinowania na siłę. Od początku krążka wyczuwalna jest własna stylistyka w jakiej dokładnie obraca się Edge Of Sanity, począwszy od charakterystycznego growlingu Dana Swanö, skończywszy na świetnie skomponowanej całości materiału. Pomimo braku znaczącego zróżnicowania (w takim stopniu jak to bywało później), "Nothing But Death Remains" zyskuje na spójności, przy których "The Dead", "Decepted By The Cross", "Impulsive Necroplasma (Epidemic Reign Part II)", "Human Aberration" czy chociażby "Immortal Souls", longplay trzyma jednakowo, bardzo wysoki poziom.
 
Zważywszy na przebogaty dorobek Szwedów, "Nothing But Death Remains" było zaledwie przystawką przed pozostałą częścią dyskografii Edge Of Sanity. Pomimo okoliczności jakie wiążą się z debiutem, muzyka jaką stworzyli, już na tym etapie wskazywała czym jest Edge Of Sanity.


Podsumowując:
Zalety:
+świetne, death metalowe utwory
+wokal
+riffy
+produkcja
+okładka
+spójność materiału
Wady:
-brak większego zróżnicowania


Ocena końcowa: 9,5/10



Ciekawostki:
-z niewiadomych przyczyn, na albumie nie znalazły się utwory znane wcześniej z demówek, wśród których można wymienić m.in. "Pernicious Anguish", "Incipience To The Butchery", "Disrupting The Inhabitants", "Beyond The Unknown" oraz "The Day Of Maturity"
-longplay został zadedykowany Johnowi Gummihandskenowi
-"Impulsive Necroplasma (Epidemic Reign Part II)" to jedyny utwór, za którego tekst odpowiada w całości Andreas Axelsson (pozostałe stworzył Dan Swanö)

poniedziałek, 4 września 2017

Malevolent Creation "Retribution"


Rok po debiutanckim "The Ten Commandments", Malevolent Creation (przyjmując w swoje szeregi gitarzystę Roba Barretta i perkusistę Alexa Marqueza) w błyskawicznym tempie wydaje na świat "Retribution" - drugi, studyjny album, którego premiera przypada w 1992 roku. Spora częstotliwość nagrań czy nie, w tamtych czasach, kiedy death metal bywał u szczytu, tworzenie płyt w tak krótkich odstępach czasu było normą.

Podobnie jak w przypadku "The Ten Commandments", okładkę zdobiącą "Retribution" wykonał dla Malevolent Creation Dan SeaGrave. Już poprzednim razem, pod względem oprawy graficznej, świetnie została odwzorowana tematyka longplaya - "Retribution" nie ustępuje jednak temu poprzedniczce. Tak czy owak, muzyka zawarta na "Retribution" dopasowała się do reszty ówczesnej "konkurencji", a sam w sobie album z miejsca zyskał status klasycznego.

W głównej mierze, polepszyła się produkcja, struktura utworów i wokal Bretta Hoffmanna. Reszta - bez zmian i żadnych udziwnień. Malevolent Creation kontynuuje wytoczoną wcześniej ścieżkę i dalej napieprza death metal. Rozwój pomiędzy "The Ten Commandments" a "Retribution", nie jest więc w na tyle słyszalnym stopniu, aby dzieliła obydwa longplaye jakaś wielka przepaść. "Retribution" oczywiście przewyższa debiut, to jednak nie wnosi zbyt wiele zmian do stylistyki Malevolent Creation, choć całościowo trzyma równy i bardzo wysoki poziom. Pomijając krótki, klimatyczny wstęp w "Eve Of The Apocalypse", każdy z utworów zasuwa w bardzo szybkim tempie, ewentualnie drastycznie zwalnia (na wzór Cannibal Corpse), co zdecydowanie podnosi zróżnicowanie krążka i uatrakcyjnia muzykę. W końcu, nie bez powodu "Retribution" uważa się za szczytowe osiągnięcie Malevolent Creation.
 
Pomimo braku znaczących nowinek w jakie nie obfituje "Retribution", Malevolent Creation wzorcowo wybronili się z tej sytuacji, tworząc bardzo dobry materiał. Bo choć nie wnieśli tyle co w swoim czasie Deicide czy Morbid Angel, "Retribution" poszerzyło death metal o kolejny, solidnie nagrany album.


Podsumowując:
Zalety:
+wokal
+bardzo dobre, brutalne kompozycje
+riffy
+okładka
+spójność całości materiału
Wady:
-niezbyt wyraźny rozwój względem debiutu


Ocena końcowa: 9/10



Ciekawostki:
-w utworze "Coronation Of Our Domain" solówka została nagrana przez Jamesa Murphy'ego
-intro do "Eve Of The Apocalypse", pochodzi z filmu "Henry: Portrait Of A Serial Killer"

sobota, 2 września 2017

Morbid Angel "Gateways To Annihilation"


W nowym tysiącleciu, do Morbid Angel powrócił Erik Rutan (niestety tylko na czas sesji nagraniowej), a sam w sobie zespół naraził się na kolejne kontrowersje. Po przejściowym "Formulas Fatal To The Flesh", już nagranym ze Stevem Tuckerem w roli frontmana, Trey Azagthoth skusił się, aby zawartość "Gateways To Annihilation" - siódmego, studyjnego albumu Morbid Angel - pokryły w większości, utwory bardzo wolne, pozbawione wręcz szybkich temp. Na tym polegał jednak urok Morbid Angel, z płyty na płytę brzmiał coraz to inaczej.
 
Pod względem oprawy wizualnej, stylistyka okładki zdobiącej "Gateways To Annihilation" tradycyjnie trzyma znakomity poziom i prezentuje się rewelacyjnie. Zasługa w tym oczywiście Dana SeaGrave'a (którego niegdyś kluczowy był wkład w oprawę graficzną "Altars Of Madness"). Co więcej, "Gateways To Annihilation" ukazało Morbid Angel ze Stevem Tuckerem, jako szczytowe osiągnięcie z okresu "povincentowym".
 
Wszystkie więc pojękiwania na brak zapierdalania w dawnym stylu, to tylko pieprzenie nijak odnoszące się do zawartości "Gateways To Annihilation". W rzeczywistości materiał brzmi równie doskonale, co poprzednio. Sposób w jaki kwartet skomponował tych dziesięcioro utworów (za wyjątkiem zapychającego "Awakening"), nie pozostawia jakichkolwiek złudzeń, kto jest "właściwym" wykonawcą. A wolne tempo (za które Morbid Angel przecież solidnie gnojono) sprawdza się świetnie, zwłaszcza w "Summoning Redemption", "He Who Sleeps", "I", "Ageless, Still I Am" czy "Opening Of The Gates". Gdzieś pomiędzy starym a nowym, lądują o wiele szybsze "Secured Limitations" oraz "God Of The Forsaken", w równym stopniu ciekawe i spójne co reszta longplaya. Pod względem riffów i solówek (obu gitarzystów), a także growlingu Tuckera, jest znacznie lepiej niż na "Formulas Fatal To The Flesh". Osobiście mam delikatne zastrzeżenia do partii perkusyjnych, są...nienaturalnie sztuczne, brzmiące jak automat. "Gateways To Annihilation" z pewnością by zyskała, gdyby pozbyto się tej niedoróbki jeszcze na etapie demo.
 
Kwestia produkcji nie wpływa jednak w na tyle poważnym stopniu, aby "Gateways To Annihilation" było w stanie odebrać Morbid Angel status "bogów death metalu". Wręcz przeciwnie, to kolejny powód, żeby przekonać się, iż wolniejszy charakter kompozycji, nie ma żadnego związku z doskonałym całokształtem "Gateways To Annihilation".


Podsumowując:
Zalety:
+powolne, rozkładające na łopatki kompozycje
+wokal
+okładka
+warstwa liryczna
+riffy i solówki
Wady:
-partie perkusyjne brzmiące niczym automat


Ocena końcowa: 9,5/10



Ciekawostki:
-ostatni album z Erikiem Rutanem
-"Kawazu" to archaiczne japońskie słowo, które oznacza "Żaba"
-utwór "Secured Limitations" to jedyny na "Gateways To Annihilation", w którym śpiewa też Trey
-"God Of The Forsaken" i "Awakening"  to dwie z kompozycji, za których autorstwo odpowiada również Erik Rutan
-w przypadku "Formulas Fatal To The Flesh" teksty napisał Trey, tutaj odpowiada za nie Steve

środa, 30 sierpnia 2017

Suffocation "Effigy Of The Forgotten"


Poprzedzająca debiut dusicieli EP-ka zatytułowana "Human Waste", sprawiła że jeszcze w 1991 roku pojawił się pierwszy, studyjny album w dorobku Suffocation - "Effigy Of The Forgotten". I nawet poprzez prapoczątki, sposób w jaki kwintet łączył brutalność z techniką, w błyskawicznym tempie zagwarantował miejsce Suffocation w czołówce death metalu obok takich wykonawców jak Morbid Angel, Deicide, Death, Atheist, Obituary czy Cannibal Corpse. Debiutancki longplay z kolei potwierdził, że nie przypadkowo.
 
Pełen profesjonalizm widoczny jest już po doskonałej oprawie graficznej "Effigy Of The Forgotten" (autorstwa Dana SeaGrave'a). Nie ma co ukrywać, sama okładka to jedna z najlepszych, jakie powstały na początku lat dziewięćdziesiątych w brutalnym death metalu, świetnie dopełniając całości, będąc "zaledwie" przystawką przed daniem głównym, jakim jest muzyka.
 
Suffocation przedstawiło zupełnie inny wymiar brutalnego i technicznego death metalu, jaki skrywa przed nami "Effigy Of The Forgotten" na tle "konkurencji". W zawartości krążka więcej oczywiście ekstremy niż plątanin, choć generalnie zespół odpowiednio wyważył obydwie składowe. Wśród utworów z "Human Waste", znajdziemy takie kompozycje jak "Infecting The Crypts", "Jesus Wept" oraz "Mass Obliteration", współgrające z pozostałą częścią albumu bez jakichkolwiek zgrzytów. W chwili wydania, "Effigy Of The Forgotten" stała się jedną z najbrutalniejszych płyt w dziejach. Owszem, trudno się nie zgodzić, Suffocation przebijało się pod tym względem ponad Deicide czy Cannibal Corpse, aczkolwiek...gdyby jednak podsumować łączny dorobek byłoby już trochę inaczej. Nie uprzedzając faktów, główne zasługi w tym rzecz jasna kompozytorów, ale też producenta Scotta Burnsa (który osiągnął niezwykle ciężkie i pełne dołów, choć dopracowane brzmienie) oraz growlingu Franka Mullena (któremu później nie zdarzały się już w takim samym stopniu nieczytelne partie wokalne). "Effigy Of The Forgotten" traci odrobinę na zbyt schowanym za gitarami basem, sęk w tym, że nie wpływa to jakoś znacząco na debiutancki longplay Suffocation.
 
Pomimo odstępstw od pozostałych kolegów z Florydy, Suffocation ze swoim "Effigy Of The Forgotten" wpasowało się, oferując świeży i pomysłowy death metal. Jako jedni z nielicznych na początku lat dziewięćdziesiątych połączyli technikę i brutalność na zaskakująco wysokim poziomie.


Podsumowując:
Zalety:
+produkcja
+wokal
+świetne, brutalne utwory
+okładka
+partie perkusyjne
+riffy
+chaotyczne solówki
Wady:
-słabo wyrazisty bas


Ocena końcowa: 9,5/10



Ciekawostki:
-w utworach "Reincremation" i "Mass Obliteration" gościnnie udziela się George "Corpsegrinder" Fisher
-album został dedykowany Rogerowi Pattersonowi (basiście Atheist, który to zginął w wypadku samochodowym 12 lutego 1991 roku)